Ostatnie pożegnanie.

·

8 minut czytania

Będzie to chyba najtrudniejszy wpis. Musiałam go pisać na raty. Dzisiaj mija dokładnie 7 miesięcy od śmierci mojej najlepszej przyjaciółki. Mojej pierwszej psiej miłości.

Dopiero teraz jestem w stanie dokładnie opisać tą ostatnią drogę. Opisać, jak wygląda to z perspektywy opiekuna.

Podobno czas leczy rany. Chyba nie do końca mogę się z tym zgodzić.

Faktycznie nie myślę już o tym cały czas. Jestem w stanie normalnie funkcjonować, a nawet cieszyć się z życia, ale wciąż nie potrafię patrzeć na jej zdjęcia i nie płakać. Za każdym razem, jak o niej wspominam, mam przed oczami widok jej leżącej w przychodni weterynaryjnej. Cały czas czuję ten ogromny ból, jaki czułam wtedy.

Cały czas mam poczucie niesprawiedliwości, że to właśnie my, ludzie, musimy podejmować tę najtrudniejszą decyzję. Wciąż nie czuję się z tym dobrze. Nie pogodziłam się z tym i chyba nigdy się z tym nie pogodzę – ale żyję, wstaję rano, oddycham.

Oddycham, bo wiem, że mam tu jeszcze dużo do zrobienia. Oddycham, bo mam Mastana. Oddycham dla moich bliskich. Oddycham dla tych wszystkich, którym jeszcze kiedyś pomogę.

Ostatnie pożegnanie. 1

Jak wyglądała nasza ostatnia wspólna podróż

Mimi została w moim domu rodzinnym, kiedy się wyprowadzałam. Została z moją mamą i siostrą. Była już psią emerytką – nie chciałam robić jej takiej rewolucji i fundować stresu.

Jej poprzednie życie było trudne. W wieku około 11 lat została odebrana z pseudohodowli i przyjechała do nas na dom tymczasowy. Została już do końca. Żyła z nami jeszcze 10 lat.

Na rok przed śmiercią Mimi przeszła bardzo poważną operację. Podczas operacji straciła dużo krwi, miała robione transfuzje. Walka była bardzo trudna i długa.

Lekarze mieli problem z wybudzeniem jej po operacji. Sugerowano mi wtedy, że to się nie uda, że powinnam dać jej odejść. Wtedy się nie zgodziłam. Kazałam robić, co trzeba.

Gdy wróciłyśmy do domu, była w bardzo złym stanie. Dochodziła do siebie ponad tydzień i każdego dnia myślałyśmy, że nie dożyje jutra. Jeździłyśmy z nią w nocy do szpitala, bo jej stan się pogarszał.

Udało się nam! Wtedy z tego wyszła. Lekarze nie wierzyli, że to jest możliwe, otwierali oczy ze zdziwienia.

Nie dawali nam zbyt wielkich nadziei na przyszłość. Dostałyśmy informacje, że jeżeli przeżyje jeszcze 3 miesiące, to będzie dobrze. Przeżyła jeszcze prawie rok!

Przez ten czas była pogodna i radosna. Momentami nawet zachowywała się jak szczeniak. Oczywiście było widać, że nie jest to już młody pies, ale radziła sobie świetnie. Miała w sobie ogromną wolę życia.

Ostatnie pożegnanie. 2

Niestety nastał ten dzień – 04.03.2020. W nocy dostałam telefon od mojej mamy, że Mimi ma atak i jadą do całodobowej kliniki. Moja mama miała już doświadczenie z atakami epilepsji, wiedziała, co robi.

Dojechałam do tej kliniki. Mimi wpadała w ataki mimo podanych leków, jej stan był bardzo zły. Miała problemy z oddychaniem, więc musiałyśmy pomagać jej, trzymając rurkę z tlenem obok jej noska.

Nadszedł moment, w którym kazano nam podjąć decyzję. Pani weterynarz, która była wtedy na dyżurze, powiedziała, że możemy zostawić ją na noc w szpitalu, ale rokowania są bardzo złe.

Nie chciałyśmy przedłużać jej cierpienia. Nie wybaczyłabym też sobie, gdyby odeszła w nocy sama, w szpitalu, bez nas obok. Podjęłyśmy tę decyzję wspólnie.

Ja miałam ogromne wątpliwości. Przecież już raz udało nam się zabrać ją prosto ze szpon śmierci. Teraz już nie mam wątpliwości. Wiem, że to była dobra decyzja.

Pani weterynarz najpierw podała zastrzyk, który sprawił, że Mimi zasnęła. Wyszła i zostawiła nas z nią jeszcze na chwilę. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale jak teraz wracam wspomnieniami do tamtego dnia, to myślę, że zachowała się najlepiej, jak tylko się dało w tak trudnej sytuacji.

Nie mówiła nic oprócz absolutnego minimum. Informowała nas o wszystkim, co będzie robić i co się będzie działo. Odpowiadała na nasze pytania.

Nie pocieszała, nie przeszkadzała, dała nam tyle czasu, ile potrzebowałyśmy. Czułam się tak, jakby jej nie było. Dała nam możliwość godnego i spokojnego pożegnania.

Później przyszła upewnić się, że Mimi już śpi, i podała drugi zastrzyk – zastrzyk, który zatrzymał akcję serca. Znowu wyszła z gabinetu i mogłyśmy zostać z nią tak długo, jak chciałyśmy.

Nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy czułam. Ta chwila była zupełnie surrealistyczna. Tak jakby to wszystko działo się gdzieś obok. Tak jakbym patrzyła na to przez mgłę. Zupełnie jakby świat się na chwilę zatrzymał. Ogromny, rozpierający ból. Ból dużo gorszy od bólu fizycznego.

Ostatnie pożegnanie

Ciało Mimi zostało w przychodni weterynaryjnej. Zdecydowałyśmy się na kremację indywidualną w cudownym miejscu, jakim jest Dolina Spokoju. Nie wyobrażam sobie, żeby moja przyjaciółka, pies, który był z nami 10 lat, miał być spalony z ciałami innych psów.

Odebrałyśmy ją z przychodni w dniu umówionej kremacji. Dolinę Spokoju poznałyśmy, kiedy odeszła Masza – kotka, która była u nas na domu tymczasowym. Jest to miejsce cudowne, pełne spokoju i zrozumienia, a cały proces jest bardzo sprawny.

Przyjechałyśmy na miejsce i przekazałyśmy Mimi, która musiała zostać przygotowana do kremacji. My zostałyśmy w poczekalni, w której towarzyszyły nam psy właścicieli. Myślę, że są one ogromnym wsparciem – zachowywały się tak, jakby rozumiały, co się dzieje, i spokojnie siedziały obok nas.

Po kilkunastu minutach zostałyśmy zaproszone na dwór, gdzie na wózku czekała już na nas Mimi, przykryta jej ulubionym kocykiem. Mogłyśmy się z nią pożegnać, pogłaskać, przytulić, powiedzieć ostatnie słowa. Mogłyśmy z nią spędzić tyle czasu, ile potrzebowałyśmy.

Gdy już byłyśmy gotowe, przyszedł pan, który włożył jej ciało do pieca, i znowu mogłyśmy w tym uczestniczyć. Proces spalania i przygotowania prochów trwa około dwóch godzin. Po tym czasie przyjechałyśmy tam znowu odebrać prochy.

Zdecydowałyśmy, żeby zabrać Mimi do domu. Teraz jest cały czas z nami – na ścianie wisi jej piękny portret, a obok stoją jej prochy.

Była członkiem naszej rodziny i chciałyśmy, aby została z nami na zawsze. Miała godne życie, godną śmierć i godny pochówek. My, ludzie, robimy tak, jeśli kogoś kochamy. My kochałyśmy ją bardzo.

Ostatnie pożegnanie. 3

Ile to wszystko kosztuje

W takim momencie nie myśli się o pieniądzach, ale niewątpliwie jest to ważne. Koszt eutanazji zależy od wielkości psa, konkretnego gabinetu oraz tego, czy zostały podane dodatkowe leki. Przy dużym psie ceny dochodzą nawet do 200 zł.

To, jakie koszty pojawią się później, zależy już od tego, jaką decyzję podejmiemy. Mamy kilka możliwości:

  • Zostawić psa w gabinecie, w którym został uśpiony – wtedy zostaje odebrany przez specjalną firmę i palony z ciałami innych zwierząt. To najtańsza opcja.
  • Zabrać ciało i pochować przyjaciela na specjalnym cmentarzu dla zwierząt.
  • Zabrać ciało na kremację indywidualną – tak zdecydowałyśmy w przypadku Mimi.
  • Skorzystać z kremacji zbiorowej – w Dolinie Spokoju to również tańsza opcja.

Za indywidualną kremację Mimi (3 kg) zapłaciłyśmy 600 zł. Piszę o tym, bo myślę, że dla wielu osób jest to ważne – warto znać te ceny i podjąć decyzję dużo wcześniej. Warto być na to przygotowanym.

Wiem, że wiele osób uznało nas za wariatki – dla wielu jest to szaleństwo. Wiem też, że nie każdy mógłby sobie na to pozwolić albo ma do tego zupełnie inne podejście.

Są ludzie, którzy kochają swojego psa, ale do martwego ciała nie podchodzą w sposób tak sentymentalny jak my. To wszystko jest okej!

Ważne, żeby zwierzak był z nami szczęśliwy za życia. Ważne, żeby odszedł w sposób godny i możliwie bez bólu i cierpienia. To, co dzieje się później, to już indywidualna decyzja każdego z nas.

My mamy do tego właśnie takie podejście. Chcemy, żeby była z nami na zawsze. Chciałyśmy, żeby jej ostatnia droga była piękna. Ona zasługuje na wszystko, co najlepsze.

Ostatnie pożegnanie. 4

W całym cudownym życiu z psem zawsze najgorsze jest pożegnanie. Każdy musi poradzić sobie z tym na swój sposób. Dla mnie było to (i wciąż jest) bardzo trudne.

Musimy jednak pamiętać, że one są już szczęśliwe. Nie czują bólu. Nie możemy do eutanazji podchodzić egoistycznie i na siłę przedłużać życia tylko dlatego, że boimy się straty.

Najgorsze, co możemy zrobić, to pozwolić, żeby nasz najlepszy przyjaciel odchodził w bólu i cierpieniu. Ja ten ból postanowiłam od niej zabrać i wziąć na swoje barki.

To była najlepsza decyzja. Największy akt wdzięczności i szacunku do istoty, którą kochałam.

Mój ból nie mija. Został jedynie zagłuszony i przyćmiony przez codzienność – cały czas daje o sobie znać, ale już rzadziej.

Każdy z nas zmierzy się w swoim życiu z wieloma stratami i musimy nauczyć się z tym bólem żyć. Ja cały czas czekam na moment, w którym, oglądając jej zdjęcia, będę mogła wspominać tylko te dobre momenty.

Wierzę, że taki dzień kiedyś nadejdzie, a ja na dobre pogodzę się z jej śmiercią. To, co daje mi ukojenie, to myśl, że ona już nie cierpi. Mocno wierzę, że gdzieś tam jest, czeka na nas i jest szczęśliwa.

Ostatnie pożegnanie. 5

Kategorie:

Karolina Spodarek, behawiorystka psia

O autorce

Karolina Spodarek

Behawiorystka psia ze Skarżyska-Kamiennej. Pracuję metodami opartymi na wzmocnieniu pozytywnym — bez przemocy i bez sprzętu awersyjnego. Specjalizuję się w psich lękach, trudnościach w kontaktach z innymi psami i w rozwoju szczeniąt.

Porozmawiajmy o Twoim psie

Opisz sytuację — odezwę się i wspólnie ustalimy, jaka forma pomocy będzie najlepsza. Pracuję w Skarżysku-Kamiennej i okolicach oraz online.

Przeczytaj też