Standardowo muszę zrobić podsumowanie naszego wyjazdu. Trochę dla samej siebie (lubię potem do tych postów wracać) a trochę żeby przedstawić moje spostrzeżenia. Może ktoś z tego skorzysta.
Od lipca nie byliśmy na żadnym wyjeździe więc miałam trochę obaw. Dodatkowo lipcowy wyjazd nie należał do udanych (środek sezonu nad Polskim morzem przy psie lękliwym to nie był najlepszy pomysł). Teraz było zupełnie inaczej. Poza sezonem, mała miejscowość, hotele pozamykane. Totalne pustki! To był strzał w dziesiątkę. Chodząc rano czy wieczorem po mieście czułam się jak w jakimś apokaliptycznym filmie. Nie było żywej duszy. W lesie pusto, na plaży pusto. Raj dla mojego introwertycznego serduszka – no i oczywiście dla Mastana. Zaskoczył mnie też jego spokój w nowym miejscu. W mieszkaniu czuł się swobodnie już pierwszego dnia, jadł bez problemu wszystkie swoje posiłki, w nocy nie burczał i nie czuwał. W ciągu dnia po spacerze potrafił sam pójść spać do sypialni (co do tej pory robił tylko w domu). Na spacerach był dużo weselszy i bardziej wyluzowany niż na naszym osiedlu w Warszawie. Co ciekawe – po powrocie do Warszawy był bardzo czujny na wieczornym spacerze i nie zjadł do końca swojej kolacji. Chyba mu smutno, że wróciliśmy 😪
Te wyjazd kolejny raz udowodnił mi, że trzeba dostosowywać poziom trudności do możliwości psa. Wiem, że Mastan nie poradzi sobie w tłumie ludzi, w turystycznej miejscowości, w szczycie sezonu. On może być spokojny, szczęśliwy i wyluzowany tylko trzeba mu zapewnić odpowiednie do tego warunki. Kolejny raz przekonałam się też jak trudne jest dla niego mieszkanie w dużym mieście gdzie naokoło jest milion dzieci, samochodów, rowerów, śmieciarek, psów, hałasów itd. On zdecydowanie jest fanem wiejskich i spokojnych klimatów. Zresztą ja to zdanie podzielam.
Podsumowując – wyjazd był cudowny, pies szczęśliwy i wyluzowany, nasze głowy też odpoczęły od nadmiaru bodźców 👌🏼
